Prof. Roger Scruton odznaczony Krzyżem Wielkim Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej

Prezydent RP nadał Krzyż Wielki Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej obywatelowi Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej Rogerowi Scrutonowi – w uznaniu wybitnych zasług we wspieraniu przemian demokratycznych w Polsce, za rozwijanie polsko-brytyjskiej współpracy naukowej i uczelnianej.

– Komunizm skończył się dzięki wierze i patriotyzmowi polskiego narodu. Jestem zaszczycony, że mogłem odegrać w tym skromną rolę – powiedział prof. Roger Scruton. – Ważne, by bronić idei w opozycji do ideologi… Pamiętajmy, że komunizm był narzucony narodowi przez Sowietów, którym Polacy byli podlegli… Udało się dzięki tradycjom i tożsamości, wierze katolickiej, poczuciu historii i odwadze. Polacy dali bardzo dobry przykład. I tak jak my na Zachodzie kiedyś staraliśmy się pomagać Polsce, tak my teraz potrzebujemy Waszej pomocy – przekonywał Scruton.

W latach 80. Scruton wspierał antykomunistyczną opozycję. Współpracował m.in. z obecnym marszałkiem Sejmu Markiem Kuchcińskim. We wstępie do reprintu pisma wydawanego przez Kuchcińskiego napisał:

Podróżowałem w poszukiwaniu małych grup ludzi, którzy chcieli dyskutować, uczyć się, zadawać pytania i odzyskać choćby część życia intelektualnego, które kiedyś kwitło w Polsce. Zawsze byłem śledzony i generalnie mogłem rozpoznać łajdaków, którzy mieli na mnie zlecenie po ich dużych kalafiorowych uszach i nosach kapiących do ​​ich wilgotnych wąsów. Byli to ludzie, których mogła zatrudnić tylko policja bezpieczeństwa. Wszędzie, gdzie nie pojechałem było jasne, jak skutecznie partia komunistyczna ponownie wymazała z Polski jej społeczeństwo obywatelskie, pozostawiając resztki Kościołowi. Była w ludziach ponura świadomość, że nie ma sensu się wykłócać, ponieważ nic się nigdy nie zmieni w wyniku sporu. Najlepiej było zająć się swoją rodziną i trzymać się blisko Kościoła.

W latach 80. okres Solidarności był już wspomnieniem, a stan wojenny zredukował Polskę do pewnego rodzaju somnambulicznej ciszy. Podróżowałem w poszukiwaniu małych grup ludzi, którzy chcieli dyskutować, uczyć się, zadawać pytania i odzyskać choćby część życia intelektualnego, które kiedyś kwitło w Polsce. Zawsze byłem śledzony i generalnie mogłem rozpoznać łajdaków, którzy mieli na mnie zlecenie po ich dużych kalafiorowych uszach i nosach kapiących do ​​ich wilgotnych wąsów. Byli to ludzie, których mogła zatrudnić tylko policja bezpieczeństwa. Wszędzie, gdzie nie pojechałem było jasne, jak skutecznie partia komunistyczna ponownie wymazała z Polski jej społeczeństwo obywatelskie, pozostawiając resztki Kościołowi. Była w ludziach ponura świadomość, że nie ma sensu się wykłócać, ponieważ nic się nigdy nie zmieni w wyniku sporu. Najlepiej było zająć się swoją rodziną i trzymać się blisko Kościoła.

A potem natknąłem się na Przemyśl. Dzięki starannej pracy Marka Matraszka dowiedzieliśmy się o społeczeństwie obywateli w tym starym i niegdyś zamożnym mieście Galicji, którzy wydawali pismo podziemne, Strych Kulturalny, i którzy spotykali się, nie tak jak nasi znajomi z Czech, w jakiejś piwnicy lub kotłowni pod ziemią, ale na szczytach budynków, jakby ich nie obchodziło, kto może ich zobaczyć. Ich grupa dyskusyjna została opisana jako poddasze, miejsce pod dachem, i gdy ich spotkałem znalazłem się w otwartym społeczeństwie normalnych, drobnomieszczańskich ludzi, którzy byli zdeterminowani żyć, malować, pisać i dyskutować, jakby Partia była niczym więcej niż strumień brudnej wody płynącej w ściekach poniżej.

Na ich czele stał Marek Kuchciński, dawny student historii sztuki, który żył poza systemem i był gorliwym wyznawcą kultury jako wyzwolenia ducha i przeciwstawienia się porządkowi totalitarnemu. Wokół niego zgromadzili się pisarze, malarze, nauczyciele, i to dzięki niemu udało mi się zorganizować serię wizyt zachodnich intelektualistów, aby omówić na tych strychach najważniejsze zagadnienia dnia.

Sprawy szybko zaczęły się zmieniać, ale we mnie pozostał już wizerunek Przemyśla jako przystani społeczeństwa obywatelskiego w ponurym państwie socjalistycznym. Było to miejsce zdeterminowane, by zachować swoją tożsamość miasta, kultury i stylu życia. Kiedy wreszcie komuniści skapitulowali przeczytałem z radością, że Marek Kuchciński został wybrany na radnego, a później posła miasta, o które tak bardzo dbał w latach ucisku. Z przyjemnością patrzę wstecz na te czasy, kiedy sztuka i kultura były symbolami wolności ludzkiego ducha i wspominam jak ważne było to, że małe pisma podziemne, takie jak Strych Kulturalny, podtrzymywały pamięć o wolności i stanowiły rozsadniki społeczeństwa obywatelskiego, które wkrótce miało ponownie wykiełkować.

fot. M. Olejnik