Prof. Jan Majchrowski: Czym jest państwo? Refleksje w czasie pandemii

O państwie, jego roli i funkcjonowaniu w czasach kryzysu. Ta sytuacja dotyczy także państw Europy Karpat.

          Niech mi będzie wolno napisać – ku refleksji – słów kilka na temat, którym zawodowo zajmuję się od blisko trzydziestu już lat – na temat państwa. Czym zdaje się być państwo widziane z perspektywy panującej dziś pandemii ?

          W myśl jeszcze dziewiętnastowiecznego ujęcia, państwo to przede wszystkim pewien typ organizacji. To z pewnością prawda. Prawdą jest też i to, że zwłaszcza teraz doświadczamy jej niezbędności, potrzeby; że niewątpliwie dostrzegamy, iż organizacja i porządek, które państwo wprowadza, są lepsze od chaosu, od anarchii, która – gdyby dziś zapanowała – mogłaby nas niechybnie zgubić. Tak chyba myśli miażdżąca większość obywateli – bo przecież w swojej absolutnej większości stosują się oni do niewygodnych obostrzeń, zakazów i uciążliwych regulacji i to nie tylko dlatego, że za ich nieprzestrzeganie grożą sankcje.  Gdyby ludzie masowo zignorowali te polecenia władz i te regulacje, żadna policja nie byłaby przecież w stanie ich powstrzymać, wyłapać i ukarać. Ludzie jednak rozumieją, że taka niesubordynacja niesie zgubne dla wszystkich skutki. Przykład krajów, których obywatele (zwłaszcza z początku) nie przejmowali się zbytnio takimi regulacjami dowodnie wskazuje, że postawa „róbta, co chceta” wiedzie do autodestrukcji, do katastrofy, którą potem można mierzyć tysiącami zabitych przez wirusa ludzi; często znajomych, przyjaciół, członków najbliższej rodziny…

          I tu chciałbym dotknąć – jakże istotnej w każdym państwie – kwestii wolności jego obywateli. W obecnym groźnym położeniu można usłyszeć i przeczytać (i to nawet na pierwszych stronach niektórych gazet), że oto nadszedł w Polsce czas „faszyzmu sanitarnego”, łamania i ograniczania praw obywateli etc. Pojawiły się też naciski na nasz kraj w kwestii zamykania granic (do momentu, gdy ci, którzy to krytykowali, nie zrobili tego samego u siebie). Tymczasem młodzież (i nie tylko młodzież) w co bardziej „postępowych” społeczeństwach zachodniej i północnej Europy na wiadomość o wezwaniu władz państwowych do określonych zachowań, do unikania zgromadzeń i imprez towarzyskich, zareagowała kpiną w postaci „coronavirus-party” z udziałem licznych rozbawionych uczestników. Na rezultaty nie trzeba było długo czekać… Tak właśnie się dzieje, gdy wolność utożsamiana jest jedynie ze swoim własnym prawem, gdy jest ona jedynie „moja” i gdy zupełnie nie odnosi się do innych. To indywidualizm, który widzi tylko samego siebie: jestem tylko ja i moje prawo do robienia tego, co chcę. I nikomu nic do tego, co robię. To moje życie, moja sprawa, mój wybór. Jakże często ten sam typ myślenia (lub bezmyślności) prezentowano także u nas. Hasło: „Róbta, co chceta” stało się symbolem tego „liberalnego” sposobu egzystencji.

          Na drugim krańcu nie znajduje się wcale niewola, totalitaryzm, etatyzm, autorytaryzm, faszyzm etc. Na drugim krańcu jest wolność – ale inna – mądrzejsza, odpowiedzialna. To wolność republikańska, która chce realizować prawa jednostki, ale nie zapomina, że nie jest ona sama, że żyje we wspólnocie i że jest odpowiedzialna zarówno za siebie, jak i  (na miarę swych możliwości) także za wspólnotę. To wolność, która rozumie, że nie można robić, co się chce – bo to już nie jest wolność, lecz swawola, a czasem nawet warcholstwo. Ograniczenie wolności jest wpisane w sam jej sens. Nie ma wolności bez odpowiedzialności i nie ma wolności bez ograniczeń, tak jak nie ma swobodnego poruszania się bez działania prawa ciążenia, które ten ruch utrudnia, a jednocześnie go umożliwia. Bez ograniczeń, wprowadzonych przez ustanowioną przez wolnych ludzi władzę nad nimi samymi, nie byliby oni wolni, bo byle opryszek mógłby sterroryzować każdego. Stąd ograniczenia, stąd prawo, stąd państwo i to, co stanowi jego istotny wyróżnik na tle innych organizacji – przymus.

          Kto ma rację? Dziś nie jest to kwestia teoretycznej dysputy między liberałami a republikanami (totalitarystów wszelkiej maści, w tym mnożących się ostatnio „totalitarnych liberałów” zostawmy na boku). Dziś jest to kwestia, którą można rozstrzygnąć… empirycznie! Zobaczymy bowiem, które społeczeństwa wyjdą zwycięsko z walki z wirusem, gdy okaże się, że walka ta jest nie tylko kwestią pieniędzy i zamożności, ale także odpowiedzialności za siebie i za innych, zdolności do poświęcenia za wspólnotę i gotowości do respektowania zaleceń ustanowionej w demokratyczny sposób własnej, suwerennej, niezależnej od innych państw, chroniącej interesy swoich przede wszystkim obywateli – władzy państwowej. To pierwsza sprawa – ku refleksji.

          Jest i druga. Wróćmy raz jeszcze do klasycznej definicji państwa. Organizacja? Tak. Ale czy tylko? Padło tu kilkakrotnie słowo: „wspólnota”. No właśnie, wspólnota. Zwłaszcza w czasie traumatycznej próby, gdy okazuje się, że są tacy, którzy gotowi są działać dla innych: w wolontariacie, zainteresować się losem samotnej staruszki mieszkającej dwa piętra wyżej, uszyć maseczki w ramach akcji pomocy etc. etc. Wtedy daje o sobie znać wspólnota, która nie mówi: „Od tego jest państwo, instytucje, władze…”. Wtedy ludzie czują związek z innymi ludźmi i nawet sami nie bardzo wiedzą – dlaczego. To ogromnie ważny wymiar wspólnoty. Ale jest też i ten wymiar, który obejmuje decydentów politycznych i ekonomicznych stanowiących już o losie tysięcy.

          „Przygotujcie się, że wielu z waszych bliskich umrze”. Te słowa można byłoby przyjąć jako bardzo mało wysublimowaną otuchę, gdyby nie to, że towarzyszyła im (wówczas) polityka kontynuacji „normalnego życia” (dodajmy: zwłaszcza gospodarczego). Zjednoczone Królestwo, londyńskie City, nie mogło przecież zubożeć przez ten kryzys. Biznes miał się toczyć dalej. Ludzie mieli jak dawniej konsumować, inni produkować, a inni jeszcze na tym wszystkim zarabiać. Uczniowie chodzić do szkół, studenci na uniwersytety etc. Tylko niektórzy (ale to ci starsi, słabsi, schorowani) mogli umrzeć. No, cóż: „Przygotujcie się…”. Z tego wszystkiego „społeczeństwo” (ale czy „wspólnota”?) miało wyjść silniejsze, zdrowsze, bardziej odporne i zapewne… młodsze. No i silne ekonomicznie – na tle skarlałych sąsiadów, którzy trawiliby siły na ratowaniu każdej staruszki, która nic już nie wyprodukuje, a i skonsumuje niewiele. Panu Premierowi Johnsonowi życzymy dziś zdrowia… chociaż nie jest naszym bliskim.

          W Szwecji (jednym z najbardziej socjalliberalnych i „postępowych” krajów w UE) życie toczy się nadal prawie „normalnie”, szkoły są czynne, a staruszkowie „mają na siebie uważać”. (Tych zamkniętych w domach starców, zamknięto przy tym dosłownie). Społeczeństwo szwedzkie jest jednym z najstarszych wiekiem w Europie, o bardzo długiej średniej życia. To powód do dumy i – być może dla niektórych – zmartwienia… Jest szansa, że swoista eugenika (za którą nikt nie odpowiada, bo to przecież wirus zrobi, nie władze) pozwoli pozbyć się tego ekonomicznie zbędnego balastu społecznego, tak jak do tej pory od bardzo wielu już lat w niektórych najbogatszych państwach Europy pozbywano się niechcianych dzieci, zwłaszcza tych chorych – np. z wykrytym zespołem Downa (aborcja), uniemożliwiano posiadanie potomstwa niepełnosprawnym umysłowo (sterylizacja) i generalnie umożliwiano chorym niemęczenie dłużej swoją osobą swych krewnych i państwa (eutanazja). U podłoża takiego myślenia leżało przekonanie, że państwo to firma, sprawnie działający biznes, który ma przynosić zysk posiadaczom większościowego pakietu akcji, a nie wspólnota, ród, rodzina, powiązana więzami emocjonalnymi, gdzie należy pomóc, gdy trzeba, nie pytając, co dostanie się w zamian.

          Stoimy przed dwiema takimi wizjami państwa. Tych, którzy chcą bronić każdego w dobie pandemii, bo chcą kierować się poczuciem solidarności cementującym wspólnotę, inni zupełnie nie rozumieją, nazywając ich (na przykład kilka dni temu z trybuny sejmowej) – „idiotami”. Bo przecież dzisiejszy kryzys może być doskonałą okazją na dobry biznes – wystarczy tylko nie wstrzymywać gospodarki – niech pędzi dalej. Wypadną ci, którzy okażą się najsłabsi…

          Tu też można postawić pytanie, która z tych wizji zwycięży i która – w dalszej perspektywie – okaże się właściwa. Być może, ci którzy będą chcieli „marnować” swoje PKB na słabszych, wyjdą ekonomicznie z tego kryzysu bardziej osłabieni, niż ci, którzy pozwolą umrzeć tysiącom swych mniej zaradnych i słabszych obywateli, ale nie zatrzymają spirali popytu i podaży. Tyle tylko, że uczynią to jako spółka z bardzo ograniczoną odpowiedzialnością, której udziały najlepiej sprzedać w najbardziej odpowiednim momencie, bo taka spółka sama w sobie warta jest tylko tyle, ile ktoś za nią zapłaci. A rodzina, ród i wspólnota narodowa, która stanowi państwo – okazuje się nie być na sprzedaż…

          Kto zatem, w dalszej perspektywie, przetrwa i to nie tylko koronawirusa?

prof. UW dr hab. Jan Majchrowski

Wielkanoc AD 2020